piątek, 21 października 2011

Mordercze mikrofalówki

Na życzenie. Niezbyt to sprawdziłam, więc błędów pewnie będzie od groma.



Rzeczywistość ma to do siebie, że wcale nie musi być logiczna czy sensowna.
To najrozsądniejsze, co można stwierdzić, gdy słyszy się w lokalnym programie telewizyjnym, że ta starsza pani z siódmego piętra zmarła po tym, jak na głowę spadła jej mikrofalówka.

Jak podaje prasa (bo prasa nigdy nie odpuści, a już na pewno nie takiego tematu) narzędzie zbrodni było własnością ofiary. Wypadło z jej własnego okna, gdy przechodziła pod nim wracając ze sklepu.
Mieszkanie było zamknięte, kluczy był tylko jeden komplet.
Oczywiście, że pani Dobrzyńska miała go przy sobie w chwili śmierci.

Następnego dnia całe osiedle mówi już tylko o jednym. Młodą kobietę znaleziono martwą w jej mieszkaniu. Uduszoną kablem. W chwili znalezienia ciała nie żyła od dwóch dni.
Mieszkanie zamknięte od środka, jakżeby inaczej.
Gdy zdrowy rozsądek mówi „przypadek”, media oczywiście wołają „seryjny morderca”.

Tym razem, dla odmiany mieszkanie nie było zamknięte. Żyło tam małżeństwo z dwójką dzieci.
Odstawiwszy dzieci do szkoły, matka wpadła na plotki do koleżanki z bloku naprzeciwko. Gdy po powrocie znalazła męża przygniecionego przez lodówkę, krzyczała bardzo długo.
Trochę za szybko przestało to być śmieszne, nawet dla dzieci.

Cztery dni później dziennikarze szaleli. Trzy śmierci jeszcze można podciągnąć pod przypadek. Sześciu już nie.
Rodzice przestali pozwalać swoim pociechom samotnie bawić się na podwórku. Wyprawy do sklepów czy znajomych odbywały się teraz całą rodziną.
Dom zawsze kojarzył się ludziom z bezpieczeństwem. W chwili, gdy niewidzialny morderca przenika przez zamknięte drzwi czują się oszukani.

Czteroletnia dziewczynka. Konduktor. Kasjerka w sklepie za rogiem.
Nauczycielka plastyki w podstawówce, taksówkarz, kelnerka, dentysta, student anglistyki.
Między innymi.
Jakiś genialny dziennikarz zauważył, że wszystkie morderstwa (wszyscy już przyjęli, że tak musi być) związane są ze sprzętem elektryczny.
No cóż, trudno, robimy sobie odwyk od komputera.

Parę rodzin wyjechało. Zaczęły też krążyć niestworzone opowieści, jakoby zwykłe sprzęty zyskały samoświadomość. I zaczęły się mścić. (Ale nie wiadomo za co.)
– Ta, jasne – śmiali się ludzie. – Za parę dni zaczną nas atakować także rośliny, co?
Następnego dnia znaleziono martwe trzy osoby.
Nie wiadomo jakim cudem, ale bluszcz pnący się po bloku rozbił okna i oplótł śpiących ludzi tak, że uniemożliwił im oddychanie.

Mieszkania w osiedlu staniały. Nawet bardzo. No, w końcu ludzie sprzedawali je na gwałt.
Po dwóch tygodniach nie mieszkał tam już nikt.

czwartek, 20 października 2011

10.

Co parę miesięcy wypada chyba coś napisać. Nawet z "trochę" spóźnionego powodu. No i mi się trochę nudzi.
Tak więc udało mi się skończyć (z paromiesięcznym opóźnieniem) obiecaną paczkę avatarów. Link: http://hostuje.net/file.php?id=20fbbea08cd68692671aefa74cf5d032

Napisałabym coś, ale lenistwo wygrywa.

czwartek, 4 sierpnia 2011

Za zgony wywołane moją głupotą nie odpowiadam. Czytacie to na własną odpowiedzialność.


Krople deszczu uderzały w okna głośno i gwałtownie. Zza nich było widać niebo, całkowicie zasłonięte ciężkimi, ciemnoszarymi chmurami. Wszystko wydawało się dziś wyblakłe, czy to las, czy olbrzymi hol tego starego domu. Na dodatek wszystko tutaj było pokryte grubą warstwą kurzu.
Było to jedno z najbardziej ponurych miejsc, jakie Agnieszka widziała. No i nie było zasięgu.
– To to mamy przechlapane, co? – zawołał jej ojciec radosnym tonem. Dla niego olbrzymie drzewo tarasujące drogę, konieczność spędzenia nocy w tym koszmarnym miejscu i ta ulewa to były powody do radości. Będzie potem biegał po biurze i chwalił się tym kolegom z pracy. Był naprawdę przewidywalny. I lekko szurnięty.
– Idę sprawdzić, co jest w reszcie pokoi – stwierdziła matka Agnieszki, i ruszyła do jednych z drzwi. Jej brat Piotrek nawet nie podniósł wzroku znad książki.
Pięknie się zapowiada ten wieczór – mruknęła w myślach dziewczyna.

***

Agata szła korytarzem. Dywan pokrywała paro centymetrowa warstwa kurzu. Nigdzie nie było też okien, więc nic nie widziałaby, gdyby nie mała, kieszonkowa latarka którą przezornie zabrała ze sobą. W końcu po swojej lewej stronie zauważyła drzwi. Nacisnęła klamkę i pociągnęła je do siebie. Otworzyły się z potwornym skrzypieniem.
Poczuła się, jakby ktoś ją obserwował.
Nikłe światło latarki oświetliło nakryty stół i stojące za nim krzesła. Podeszła do niego. Jak wszystko inne pokrywał go kurz. Wzięła do ręki jeden z talerzy i przetarła go rękawem.
W białej porcelanie odbiło się jakieś światełko.
Natychmiast się obróciła. Zaniepokojona pomachała latarką. Nie było tam niczego, czego nie było wcześniej. Przynajmniej niczego, czego wcześniej nie zauważyła.
Drzwi zaskrzypiały ponuro i cicho trzasnęły.
– Kto tu jest? – zapytała Agata. - Adrian, jeśli robisz sobie żarty, to...
Kątem oka dostrzegła ruch na stole. Obróciła głowę w tamtą stronę.
Usłyszała świst powietrza i poczuła obezwładniający ból w oku.

***

– Mama coś długo nie wraca – zauważyła Agnieszka. Piotrek nawet nie podniósł wzroku znad książki, a tato spacerował nerwowo w to i we wte.
I w końcu nie wytrzymał.
– Idę po nią! – Krzykną przesadnie dramatycznym głosem.
– To idź – burkną Piotrek przewracając kartkę.
Więc poszedł.

***

Pokój, w którym się znalazł był biblioteką – co do tego nie było wątpliwości. Na zakurzonych okładkach tytuły w większości były po łacinie. Regały tworzyły prawdziwy labirynt. Adrian już po chwili zabłądził pomiędzy nimi.
A to wcale nie było przyjemne. To, że parę ciężkich tomów zleciało mu na głowę również nie należało do najmilszych rzeczy, jakie go dziś spotkały. Tak naprawdę, to niewiele było w tym dniu miłego. Stale towarzyszące mu uczucie, że ktoś się na niego gapi wcale nie pomagało.
Gdy spadła na niego – sądząc po wadze – cała Encyklopedia Britannica ciarki przeszły go po plecach.
Coś nagle świsnęło mu tuż koło ucha i wbiło się w pobliski regał. Była to mała latka do gry w rzutki.
– Co do...? – wyrwało mu się. Coś zatrzeszczało.
Wtedy regał zakołysał się i zaczął padać prosto na niego.

***

Agnieszka miała wrażenie, że oszaleje. Tutaj, zaraz. Odchodziła od zmysłów, a jej „kochany” braciszek spokojnie czytał sobie książkę, jakby nigdy nic. Bóg jeden wie, co mogło się stać rodzicom. Zabłądzili? Zagryzły ich żywcem myszy? Może był tu jakiś seryjny morderca, czekający tylko, aż się rozdzielą...
Podzieliła się swoimi obawami, z bratem, który tylko wzruszył ramionami w odpowiedzi.
– czy do ciebie w ogóle dociera, co mogło im się stać?! – wrzasnęła w końcu histerycznie.
– Za bardzo się przejmujesz – odburknął Piotrek nie odrywając wzroku od książki.
Dziewczyna prychnęła pogardliwie.
– Ktoś tu musi – odcięła się. – W końcu ciebie nic nie interesuje oprócz tych twoich książek.
– Biorąc pod uwagę, że to ja na okrągło czytam horrory, logiczniejsze by było, gdybym to ja popadał w paranoję.
Agnieszka rzuciła mu mordercze spojrzenie. Nawet w takiej chwili nie mógł się powstrzymać i nie udowodnić wszem i wobec że jest od niej mądrzejszy.
– Nie martw się, pewnie po prostu nadal zwiedzają tą ruderę – spróbował ją pocieszyć.
Nagle w oddali coś huknęło. Agnieszka wrzasnęła.
– A to co miało być? – histerycznie zapytała brata. – Może pewnie zwykły wiatr, co?!
– Uspokój się. Na pewno nie idzie na nas żadna armia zombie.
Dziewczyna nabrała ochoty zawyć z wściekłości.
– Idę, i zobaczę co to było! – zawołała.
– To idź, droga wolna.
Odwróciła się na pięcie i ruszyła w stronę drzwi, którymi wcześniej wyszli ich rodzice.

***

Korytarz był ciemny, pełen kurzu i pachniał stęchlizną. Nie miała latarki, więc jej jedynym źródłem światła była komórka, a ona za dużo go nie dawała. Ciągle miała też wrażenie, że ktoś ją obserwuje. Była jednak pewna, że tylko to sobie wyobraziła.
Paranoja. Popadam w paranoję – pomyślała.
Nagle coś huknęło w oddali. Przyspieszyła kroku. Ciarki przeszły jej po plecach.
Blady promień światła oświetlił drzwi znajdujące się na końcu korytarza. Drżącą ręką sięgnęła do klamki. Miała złe przeczucia. Bardzo złe.
Drzwi ustąpiły z dźwiękiem przypominającym przeciągniecie paznokciami po tablicy.
Znalazła się w pomieszczeniu tak samo ciemnym jak korytarz, i równie zakurzonym.
Podniosła komórkę do góry i odskoczyła z krzykiem. Dopiero po chwili uświadomiła sobie, że zobaczył swoje odbicie w starym lustrze. Przez jego środek biegła potężna rysa.
Podeszła do niego bliżej. Była niecodziennie blada, miała szeroko otwarte ze strachu oczy i przyśpieszony oddech. I nadal miała wrażenie, że ktoś ją obserwuje. Przez chwilę wpatrywała się w swoje odbicie.
Wtedy nad swoim ramieniem zauważyła jasny punkt. Odwróciła się. Otworzyła usta, ale nie wydobył się z nich żaden odgłos. Komórka wypadła jej z i roztrzaskała się o podłogę.

***

Piotrek denerwował się coraz bardziej. Nie z bardzo wierzył w opowieści siostry o psychopatach, duchach, czy demonach, które mogły kryć się po kątach domu. To prawda, atmosfera tu była rodem z horrorów klasy B, ale to nic nie znaczyło. Taka sama była u nich w klasie podczas niektórych lekcji, a nie znaczyło to, że nauczycielka od matematyki w szufladzie z przyborami geometrycznymi chowa tasak i zestaw noży. Zniknięcie rodziców też można było łatwo wytłumaczyć – mogli się przecież już dawno spotkać i razem zwiedzać budynek. Ponieważ komórka żadnego z nich nie miała zasięgu nie mogli ich o tym powiadomić. Agnieszka martwiła się więc całkiem bez powodu. Zawsze miała tendencję do popadania w paranoję, a racjonalne myślenie nie było jej mocna stroną.
Latarka, przy której czytał na chwilę zgasła, a potem zapaliła się znowu.
Świetnie, bateria się wyczerpuje – stwierdził w myślach. Odłożył książkę i zaczął grzebać w placku.
Po chwili latarka zgasłą na amen i zostawiła go w egipskich ciemnościach. Zaklną cicho pod nosem. Po ciemku nie miał zbyt dużych szans na znalezienie czegokolwiek.
Wyciągnął z kieszeni komórkę. Była na skraju rozładowania, a światła rzucała naprawdę niewiele.
Poczuł na karku czyjś wzrok. Obrócił się. Nikogo jednak nie zobaczył.
Deszcz nadal zaciekle walił w szyby.
Ciarki przeszły go po plecach. Dopadły go ponure myśli. A co, jeśli Agnieszka miała rację, i coś naprawdę mogło się stać?
Nagle usłyszał łomot. Rozejrzał się, mimo to nie znalazł jego źródła.
– Kto tu jest? – zawołał.
Pod wpływem przeczucia spojrzał za siebie. Pomyślał, że zwariował.
A potem była ciemność.

sobota, 11 czerwca 2011

No i jest. Skończone. Yupi - yay! 41 avatarów i 2 wersje tapety (wieloma rzeczami się różnią, naprawdę XD). Cieszcie się i radujcie, amen. Następne będą bowiem z Pandory. (Mła ha ha ha.)

http://hostuje.net/file.php?id=c5c2855f8a058417845d0cb6d50961d2

Och, i ścięłam włosy. Do ramion. Po raz pierwszy w życiu mam takie krótkie. To jest... dziwne. Na maksa.

sobota, 14 maja 2011

DGM avatars

W swej nieskończonej łaskawości publikuję tu te oto stwory, które w znacznym stopniu odpowiedzialne są za zrujnowanie mojej psychiki. 50 sztuk. Godziny poświęcone na szukaniu artów i ściąganiu mangi tylko i wyłącznie w celu jej przerobienia. Parokrotne zacinanie kompa. Parę tysięcy tekstur.
I teraz pozostaje dylemat, czy się opłacało.


Nawet jak nie, to trudno. Za bardzo kocham męczyć sie z grafiką komputerową XD

Link do pobrania tych małych koszmarów: http://hostuje.net/file.php?id=920763fb362cb4cbf00159a456972c73

A następna paczka będzie z 1/2 Prince!
(I w ten oto sposób powiększam se regularnie wadę wzroku i pogłębiam psychozę :3)

środa, 4 maja 2011

GGstory

WaterMelons Sp. o . z. o. o.

Prezentuje:

GGstory

*fanfary*

Noc była ciemna i ponura. Taka z rodzaju "idź i nie patrz za siebie". Pewien mężczyzna w płóciennym kapturze zasłaniającym twarz podążał żwawym krokiem przez leśne zagajniki. Inny skryty w cieniu patrzył na niego z dachu leśniczówki. Dach poczuł się wykorzystywany, ale był uprzejmy z natury i głośno nie protestował.
Grunt był w ładnie zadbanej drodze. No może nie ładnej. Wszędzie było błoto. Kleiło się do butów i płaszcza. Wędrowiec westchnął ciężko i strząsnął z ubrania brud. Nie cierpiał brudu. Ten na dachu wstał i wyjął coś z torby. Miało to coś dziwny kolor, zmieniający się co chwila zresztą. I syczało. Jak te węże boa, przyczajone na gałęziach. Nikt nie lubił węży, a już zwłaszcza mężczyzna idący drogą. Jednak nie dane było mu się uporać z tym problemem.
Nagle usłyszał dziwny szelest, przypominający kamienie staczające się z potężnego górskiego zbocza. Odwrócił głowę. W jego twarzy nie było żadnych emocji, pozostała kamienna i nie wzruszona. Dziwna fiolka leżała już na ziemi pusta, a hidden blade na ręce wspinacza połyskiwał co jakiś czas kolorem. Wtem coś wybiegło na drogę. Jedna z gałek ocznych cosia trzymała się tylko na kilku nerwach. Coś z nieprzytomnym wyrazem twarzy wyjęczał "Zjem... ci... mózg...!".
-Zombie! - krzyknęła dziewczyna wyskakująca z krzaków przy drodze. Siedziała już tam pół godziny w oczekiwaniu na wędrowca. Tak miała namiar i cel do wykonania, oraz cos do odebrania. - Wstrętna poczwara zepsuła mój plan!
Mężczyzna wybuchnął perlistym śmiechem, który zdawał się nadawać jasnych odcieni wśród ciemności.
- Jesteś. - uśmiechnął się do dziewczyny - Przysłał cię klan, prawda?
Hidden blade się schował a niosący go ukrył się za drzewami.
Zombie powoli szedł drogą. Wiązka nerwów przytrzymujących oko stawała się coraz co raz cieńsza. W końcu gałka odpadła i potoczyła się po drodze. Błoto, mimo, iż nie najpiękniejsze, poczuło się dogłębnie upokorzone takim towarzystwem. Dziewczyna zerwała się do biegu. Nie podobało się jej całe to zamieszanie. Teraz będzie musiała znów czekać na dogodną porę.
Wędrowiec uśmiechnął się szyderczo. Bogowie dzisiaj mu sprzyjali. Najwyraźniej spodobał im się wisiorek, który stworzył zaledwie kilka tygodni temu, pochłaniając większość swojej mocy.
- Następnym razem przyjdź z większą bandą! - rzucił na koniec, widząc przez zaledwie sekundę wzrok uciekinierki. Wzdrygnął się.
To było spojrzenie pełne nienawiści i żądzy mordu.
Altair zrobił tylko minę która miała pokazywać że nic nie rozumie. Twarz naszego drugiego, aczkolwiek lekko nadgniłego bohatera miała taki wyraz cały czas. I właśnie zaczęła mu odpadać noga. Dziewczyna nie miała szczęścia. Zawsze wpadała na różne rzeczy leżące odłogiem. Tym razem była to noga naszego Zombie. Był to upadek w pięknym stylu. Przeleciała kilka metrów zanim upadła w zabłocony mech.
Wędrowiec przeszedł kilka kroków, mrucząc coś pod nosem. Z rękawa płaszcza wysunął długi kij. Uniósłszy go w obu rękach, zakręcił nim kilka razy, znacząc w powietrzu przedziwne wzory. Ciemność przeistoczyła się w światłość w obrębie kilku metrów. Jakby znikąd pojawiły się ogromne, drewniane drzwi. Mężczyzna otworzył je zamaszystym ruchem i pomachał do poszukującej go dziewczyny. Ale ona już nie zwracała na niego uwagi.
Altair był cicho bo nic nie zrozumiał. Zombie również nie za wiele skumał. Przekrzywił głowę, która i tak niezbyt dobrze się trzymała. Skutek był łatwy do przewidzenia.
Dziewczyna podniosła się z klęczek patrząc jak zahipnotyzowana w pewien punkt na linii lasu. Była już całkiem blisko wyjścia z niego. Obok znajdował się dom leśnika.
Na drodze pojawił się On" Musiała uciekać. Nie zdziwiła się, że tamten zdrajca uciekł.
Wędrowiec wyciągnął rękę, muskając jasną, przejrzystą poświatę zza magicznych drzwi. Przeszyły go dreszcze. "Zdrajca", jak był nazywany przez klany Alasandrii, odwrócił ponownie głowę, spoglądając na dziewczynę, całą wysmarowaną w błocie. W jego oczach tliła się dziwna czułość.
- Nie zrobię ci krzywdy. Ale pamiętaj - zamaszystym ruchem ręki zrzucił kaptur, ukazując światu młodą twarz bez skazy oraz długie, czarne włosy powiewające pod wpływem letniego wiatru - Jestem Kagami. Muszę spełnić swoje przeznaczenie i nawet ty tego nie zmienisz.
Po minucie wędrowiec zniknął. A drzwi nadal pozostały.
Altair widząc idące zombie nie wytrzymał.
-Po prostu zgiń, a nie gnijesz i zostawiasz za sobą smród i oderwane kończyny.-po tych słowach zaczął ciąć zombie mieczem. Miecz również poczuł się wybitnie nieszczęśliwy z takiego towarzystwa. Szczególnie, że stwór nie za bardzo potrzebował pomocy, by zmienić się w bezkształtną masę mięsa, kości i innych nieprzyjemnych rzeczy, bardzo psujących krajobraz. Może i krajobrazem była tylko ubłocona droga i lasek, który wyglądał dosyć mizernie, ale lepsze to, niż nic.
Dziewczyna miała już dość. Ganiała za Kagami przez niemal miesiąc, a teraz wszystko na marne. Może i stały przed nią drzwi. Tylko ciekawe co było za nimi. Już raz dała się nabrać i trafiła na jakieś pustkowia w podpiórkownicy dolnej.
***
Kagami westchnął z ulgą, widząc starą, dobrą, podniszczoną klitkę służącą mu za dom. Czy dom? To złe słowo. On nigdy nie miał własnego rodzinnego domu, w którym mógł beztrosko spędzać czas na wykonywaniu obowiązków i ciepłym uśmiechu kochających rodziców. Całe życie spędził w podróży.
- Kagami, jak podróż? - usłyszał znajomy głos, który go irytował przy każdym spotkaniu. Odwrócił głowę, przybierając na twarzy sztuczny, powitalny uśmiech.
- No witaj, Saitou.
***
-To może być ciekawe- pomyślał Altair. Cicho jak zawsze podbiegł do drzewa stojącego jak najbliżej domu. Wyjął dwa noże do rzucania i czekał w pogotowiu do pomocy dla którejś strony.
Nagle zobaczył nadciągającą drogą, niesamowicie malowniczą armię zombie. Nawet szczególnie się nie zastanawiał. Zwiał.
***
Armia zombie zbliżała się. Dziewczyna nie wahała się dłużej. "Raz kozie śmierć na wozie" wskoczyła za drzwi.
***
Kagami przez dłuższą chwilę patrzył prosto w oczy Saitou, osiemnastolatka o postrzępionych złocistych włosach. Jego najwierniejszego towarzysza i najgorszego wroga zarazem. "Całe życie to jeden wielki paradoks", warknął w myślach. Uwagę chłopców rozproszył okrzyk uśmiechniętej dziewczyny, której brunatne loki delikatnie opadały na smukłe ramiona.
- Kagami! - wykrzyknęła z radością i rzuciła się w objęcia chłopaka. Nikt nie zauważył niepokojącego dźwięku zza drzwi pomiędzy wymiarami.
***
Altair musiał uciekać jak najdalej od zombie. Jak najdalej lub jak najwyżej. Wyszukał najwyższe drzewo i zaczął się wspinać. -Byle panować nad sytuacją- powtarzał sobie
***
Dźwięk zza drzwi stał się głośniejszy. W pokoju zapadła cisza. Nagle z przejścia wyszedł około 70-centymetrowy, cały czerwony diabełek z ogonem zakończonym strzałką, rogami i widelcem w ręku. Diabełek rozglądał się po pomieszczeniu. Nagle za nim wpadła Brązowowłosa dziewczyna umazana błotem.
***
- Yumiko, daj spokój - Kagami starał się wyswobodzić z objęć nachalnej dziewczyny. Od tamtego momentu, dwa miesiące temu nie dawała mu ani chwili wytchnienia, uważając się za jego ukochaną. To frustrujące. Czasami miał ochotę uderzyć dziewczynę, ale przecież nie był masochistą/sadystą/czy kimś tam jeszcze. Przepraszając cicho, odrzucił ramiona dziewczyny i poszedł w kierunku kuchni. Gdziekolwiek. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie zauważył ścigającej go zaledwie kilka minut temu dziewczyny.
***
Zombie i zombie. Wszędzie! Skąd one się tu wzięły. Pewnie z umysłu rudowłosej sadystki lubiącej czekoladę. Ale trzeba przeżyć! -Jest tu kto? -woła ze szczytu drzewa.
***
Eana stanęła oko w oko z osobą, którą ścigała. Postanowiła załatwić to tu i teraz. Szybko i cicho wypowiedziała słowa:
-Naria reisa. - chłopak przed nią został związany zaklęciem. - Teraz gadaj gdzie to jest!
Kagami uśmiechnął się złośliwie, starając jak najszybciej wyswobodzić z ucisku zaklęcia. Musiał zyskać na czasie.
- Śmiesz zadzierać z Lustrem, jednym z Panów Otchłani?
- Jasne - na twarzy Eany pojawił się dziwny uśmiech - Wykonuję zadania i tylko to się liczy. Nie po to ganiam za tobą od miesiąca, żebyś mnie teraz zwodził. Gadaj, gdzie to jest?
- Zniszczyłem to.
***
Altair wszedł do domu niezauważony. To dobrze. Kagami go zauważył. Nic się nie stało. Pewnym ruchem zadał cios zatrutym ostrzem w rdzeń kręgowy. Delikatnie by nie robić większych szkód niż trzeba. Narkoza zadziałała natychmiastowo. Przeciwnik leżał na podłodze. A magia została zdjęta. -Odzyska czucie za 5 min.
***
Eana została zaatakowana przez zamaskowaną postać. Szybko wyciągnęła sztylet i pchnęła nim napastnika w kolano. Nie było to czyste zagranie, ale szybkie. Zawsze zapominali o kolanach, teraz również. Przeciwnik zachwiał się na nogach.
-Adriente. - wyszeptała w pośpiechu prosty czar mający na celu pozbawić go na moment przytomności. W tym czasie wypchnęła go za portal - Idź ty do Zombie.
Kagami zaczął się już budzić. Pchnęła na niego czar usypiający i z niemałym trudem wytaszczyła go za okno. Miejsce było idealne. Dokoła las.
***
Kagami nie był głupi. Doskonale znał się na magii, więc wiedział, że czar "Adriente" powodował natychmiastowe usypianie przeciwnika. "Melacios", wymówił bezgłośnie, starając się, by napastniczka nie ujrzała jego poczynań. W myślach skontaktował się z Saitou, muskając jego podświadomość. Tyle wystarczyło. Ten idiotyczny blondyn na pewno zrozumiał przesłanie. Zamknął oczy, zapadając w błogi sen. Tylko dlaczego nie mógł przestać myśleć o lśniących w blasku księżyca, kruczoczarnych włosach Eany, do jasnej cholery?!
***
Znowu tutaj. Trzeba się szybko ratować.
- ALUCARD STRAŻNIKU BRAMY PRZYBĄDŹ!!- pojawiła się wysoka postać w czerwonym płaszczu i żółtych okularach-wyciągnij mnie stąd do miejsca gdzie przed chwilą byłem.
-Tak panie.
***
Eana ciągnęła za sobą Kagamiego. Nie zwracała uwagi na to, że chłopak jedzie twarzą do ziemi!
***
Kagami śnił o podróży w dalekich krainach. Nie kontaktował, lecz podświadomie obiecał sobie, że jak tylko się obudzi, zaszlachtuję tę dziewczynę.
Może zaszlachtuje, może zrzuci z piramidy. Lub z wieży Elfia, czy jak się tam ten diaboł zwał. Sen robił się coraz przyjemniejszy.
Gdy nagle w jego idyllicznym śnie pojawiły się wściekłe muchomory w szpiczastych kapeluszach. Za nimi biegło stado krwiożerczych kaloryferów. Rzuciły się na niego z morderczym błyskiem białej, łuszczącej się farby. Prześwitująca przez nią rdza miała równie złowieszczy kolor. A w tle grała piosenka "Barbie girl".

Dziewczyna mamrotała pod nosem. Miała dość. Bo ile w końcu można ciągnąć 70kg żywej wagi? Przy okazji nakładała na ofiarę kolejne zaklęcia. Nie chciała przecież żeby się jej obudziła. Miała zamiar wypytać się Kagamiego o to co było na zwoju.
-Po co ten idiota to kradł? Potem jeszcze niszczyć taką rzecz! Przecież można było by zdjąć ograniczenia!

***
Saitou odczytał wiadomość od Kagamiego. Uderzył pięścią w blat stołu, powodując rozbicie srebrnych naczyń.
- Ups. - wyjąkał i wypuścił głośno powietrze. - No dobra, lecimy uratować głupiego Kagamiego.
Powtarzając w myślach wiązankę przekleństw, przeklinał towarzysza-przyjaciela-idiotę za wrodzoną głupotę. Wypowiedział kilka dziwnych słów. Na ścianie pojawiło się ogromne lustro. W jego tafli można było ujrzeć młodą dziewczynę taszczącą po ziemi Kagamiego. Z jej ust wydobywały się niecenzuralne słowa. "Niezła jest", uśmiechnął się Saitou i podrapał po złocistej czuprynie. "Gdyby nie była moim wrogiem, chętnie bym się z nią zakumplował".
Po sekundzie zniknął. Zjawił się w lesie, dokładnie naprzeciw porywaczki.
- No cześć. - wyszczerzył śnieżnobiałe zęby w złośliwym uśmiechu.

***
Alucard wchodził w teleport gdy jego pan zaczął przeszukiwać apteczkę. Wyciągnął fiolkę, powąchał, skrzywił się i przelknął. Następnie zaczął sobie obwiązywać kolano bandarzem. -Zabiję, zakopię, odkopię, spalę, zakopie! Na szczęście jest słaba w tego typu uderzeniach i pancerz zadziałał. Będzie przez jakiś czas bolało.
***
Porywaczka też uśmiechnęła się złowieszczo. I dopiero wtedy zauważył stojącą za nią armię różowych słoni.
Wtem rozległ się huk. Tuż przed nim otworzył się portal, a wygrzebał sie z niego znany nam już, mały, czerwony diabełek.
- Eee... znowu nie ta stacja. - skrzywił się pomiot piekielny, i wskoczył z powrotem w portal.
I w tym momencie Saitou zaczął się zastanawiać, czy ktoś przypadkiem nie robi sobie z niego jaj.

Eana skorzystała z sytuacji i rzuciła zaklęcie zapomnienia. Saitou cofnął sie w rozwoju do wieku przedszkolaka na jakieś 15 min. Nie miała już więcej energii. Całą moc jaką jej oddano wykorzystała. Musiała jak najszybciej znaleźć jakieś źródło wody.
-No ja nie mogę co za ciężki...-mruczała pod nosem.

Saitou z przerażeniem zaobserwował, że cały świat się powiększa. Co ta mała złodziejka zrobiła, do diaska?! I dlaczego jest taka duża? Spojrzał na swe dłonie i dopiero wtedy doszedł do zaskakującego wniosku. "Cofnęła mnie w rozwoju. Gnida.", warknął i pobiegł za przelatującym mu nad oczami motylkiem. Niech sobie Kagami sam radzi, nawarzył piwa, to i je wypije. Barwny motylek był w tej chwili zdecydowanie ważniejszy.
Tymczasem Kagami zaczął powoli wybudzać się z pięknego snu. Ach, dawno tak się nie wyspał. Szczególnie w ciągu ostatniego miesiąca. Tylko zaraz... dlaczego śnił o różowych słoniach, chichoczącym diabełku i włosach jakiejś dziewczyny? I dlaczego ma w ustach posmak gleby? No i dlaczego, do jasnej anielki, ta sama dziewczyna, której włosy go zauroczyły, ciągała go teraz za sobą?!
- Puść - zdecydowanym ruchem wyswobodził się z mocy zaklęcia i spojrzał nienawistnym wzrokiem na dziewczynę. A z ust wyjął niegrzecznego ślimaka. Fuj. Nie cierpiał mięczaków.

Mięczaki widocznie również go nie lubiły. Może był to tylko ten. Ale fakt faktem, że ślimak nagle rozdziawił paszczę, ukazując pełen komplet ostrych zębów. I spróbował mu odgryźć rękę. Do tej chwili Kagami nie wiedział, że ślimaki mają wogle otwory gębowe. A tu proszę, jaka niespodzianka.
Niespodzianka miło i przyjaźnie zawarczała i opluła go śliną.

***
Assasyn wyszedł w końcu z portalu.
-Nienawidzę tego! - Potrząsnął głową, rozruszał mięśnie, bo po jego lekach strasznie zdrętwiały.-Uuuu....! Musiała go ciągnąć po ziemi bo tu jest jakaś spora kotlina. Może być ciekawie więc idę za nimi.

***
-Osz kurczę. - Eana przełknęła ślinę. - Ej może pogłaszcz go to cię puści...
Kagami spojrzał na nią jak na idiotkę, ale zastosował się do jej instrukcji i pogłaskał ślimaka po czułkach. ten Tylko ciapną go pożegnalnie i poszedł w swoja stronę.

Kagami wzdrygnął się na samą myśl, że mógł mieć to ohydne stworzenie w ustach. Tak, Matka Natura zdecydowanie obdarzyła go zbyt dziwnym zamiłowaniem do higieny...
- Eee. Dzięki - wymamrotał i spojrzał na dziewczynę. Jej twarz umazana była błotem, strój na ramionach miała podarty. Dyszała ciężko, starając się przybrać wojowniczą pozę. Wyglądała... komicznie. Kagami wybuchnął śmiechem, złapał się za brzuch i zaczął zataczać po ziemi. Eana patrzyła na niego jak na idiotę.
- No co? - wyzipał. - Mózg mi się przekręcił po starciu ze ślimakiem.
I wszystko byłoby dobrze, gdyby nagle nie oberwał butem w twarz. "Ałaaa. Znowu robią ze mnie chłopca do bicia!", pomyślał.

Nagle wszędzie rozległ się śmiech i metal zaśpiewał. Jeden metalowy nóż ze świstem odciął pukiel włosów dziewczynie.
-Chyba jestem zbyt miły, powinienem rzucić w kolano, ale nie chcę by ktoś cierpiał. Jestem pacyfistą. Więc pacyfistycznie rozstrzygnijcie ten spór. Z tego co widziałem możecie wiele.

***
Saitou obudził się nagle w dziwnym miejscu. Coś mu mówiło że jest przetrzymywany gdzieś wbrew własnej woli. Może to była naprawdę ciasno ściśnięta lina, zawiązana w artystyczną kokardkę, a może wpatrujące się w niego stado motylków.
Trzymających widelce, jeśli warto o tym wspomnieć.
- Jesteś zatrzymany za śledzenie, próby porwania i zastraszanie, o! - Krzyną cienkim głosikiem stojący na przedzie owad.
- O! - zakrzykną za nim chórek piskliwych głosików.

***
Eana stała jak skamieniała. Nie wiedziała co robić. Nie mogła tak szybko dorzucić sztyletem. Dodatkowo włosy... To podziałało jak płachta na byka.
-Co ty sobie wyobrażasz?!

Kagami pocierał po obolałej szczęce i wpatrywał z zaskoczeniem na dziwnego-przybysza-chyba-z-psychiatryka. Poczuł dziwny ból w klatce piersiowej na widok opadającego pukla kruczoczarnych włosów Eany. Zaraz, skąd on wiedział, jak dziewczyna ma na imię? Nieważne zresztą. Wyjął z kieszeni lustro i położył na trawie. Jeśli dziewczyna ma choć trochę rozumu, będzie wiedziała, co zrobić dalej. Pomknął dalej w las, znikając przybyszom z oczu. Nie chciał dzisiaj zgrywać bohatera. O, nawet ślimak z nim się zgadza!
Zaraz, ślimak?!
Oto przed Kagamim pojawiło się stado ślimaków, uzbrojonych w łyżki i rolki papieru toaletowego. Wszystkie uśmiechały się dziwnie.
- Ratuuunku! Motyyyle! - usłyszał gdzieś z daleka-niewiadomo-gdzie wrzask Saitou. No ładnie. Z ratunku nici.
- Jesteś teraz w naszej mocy, Wielki Mięczaku. - zakrzyknął ślimak na przodzie.
- Oł - wyjąkał Kagami.

***
Ślimaki, motyle, dziewczyna czerwona na twarzy, motyle, ślimaki, lustro, nic nie rozumien- pomyślał i przyjął pozycję do obrony
-Posłuchaj ja nie chcę cię zabić poprostu porozmawiajmy, uspokój się i wszyscy będą szczęśliwi.

- Nikt nie będzie szczęśliwy! - krzyknął ślimak-przywódca. - Albowiem to JA zostanę panem tego świata! MWAHAHAHAHA!!!
- Mooootyyyleee! Aaaaa!!! - Darł się gdzieś w tle Saitou.
Nagle parę metrów nad ziemią otworzył się portal, i wypadł z niego diabełek. Rozejrzał się i paskudnie zaklną.
Eana klęknęła nad puklem włosów i zaczęła cicho szlochać. Poleciał też teksty typu "Nikt mnie nie kocha".
Wtem pojaśniało, pociemniało, i pośrodku całego zamieszania pojawił się różowy kucyk Pony.
- Do boju! - krzykną przywódca ślimaków i rzuciły się one grupą na biednego konika. Poleciały strzępy papieru toaletowego, wystrzeliło w powietrze parę widelców...
Niespodziewanie rozległy się pierwsze takty piosenki "Barbie Girl".

Przerażony Saitou biegał tam i z powrotem, potykając się o wystające konary i zgraję zmutowanych chomików. Nie, ślimaków.. A co tu robią ślimaki?! Nagle wpadł na kogoś. Poczuł znajomy zapach, ale jakoś nie mógł dojść, do kogo należy.
- O, witam, witam, panie Króliku! - zaczął potrząsać z entuzjazmem ręką gościa, która w następnej sekundzie zarezerwowała mu strzał z liścia.
- Co ty robisz, palancie? - Kagami wpatrywał się z irytacją w przyjaciela.
- Oooo! Kagaaaami! Przyszedłeś mi na ratunek! - Saitou rzucił się w objęcia Kagami. Niestety, napotkał zimną trawę.
- Przymknij się. I ty mnie nie dołuj. Co to za zamieszanie? - rzucił Kaname i zaczął obserwować biegi wydarzeń. Eana starała się uwolnić od grona skrzeczących motyli z kijami, tajemniczy gość gdzieś zniknął. A Kucyk Pony kopał zmutowane ślimaki. Niestety, po kilku sekundach ktoś oplótł jego ramiona. Cuchnął. Kagami odwrócił się i ujrzał wielką biedronkę!
- Wyjdź za mnie! - krzyknął owad i zaczął biegać za Kagamim, chcąc otrzymać buziaka.
A Saitou spał.

***
Co się dzieje?!?!?-krzyknął zabójca i na chwilę zrobiło się cicho.
NA TEGO W BIAŁYM!-krzyknął przywódca ślimaków
Ej, nie musisz tego robić. Ochydny robal, a zgiń ostatni ogniwie ewolucji. Przepadnij.

Posypały się ślimacze głowy.

***
Eana odczepiała od siebie wstrętne robactwo. Miała dość. "Tylko różowego słonia brakuje... A nie on już był" Poszła zobaczyć co to za lusterko...
Podniosła je i usłyszała:
-Och ty piękna jak jutrzenka! Twoje włosy lśnią w tym balsku... - to co usłyszała wystarczyło jej aż nad to.
-Ale idiota! Lusterka pomylił... - spojrzała z niesmakiem na różowy przedmiot. - Teraz będę musiała go ścigać od nowa.

***
Kagami uciekał przed zmutowaną biedronką. W pewnej chwili zwinnie uskoczył w bok, zwieszając się rękoma na gałęzi drzewa. Westchnął z ulgą. Biedronka pobiegła dalej. Zerknął w bok i zauważył zrzędzącą Eanę. Uśmiechnął się. Lusterko widać się podobało. Nagle ktoś go złapał za ramiona
- Jesteś nasz. - wykrzyknął ślimak. Kagami przełknął ślinę i pobiegł przed siebie. Złapał zaskoczoną Eanę za nadgarstek i pociągnął za sobą.
- Gdzie ty mnie ciągniesz, ty...! - złorzeczyła dziewczyna.
- Cicho bądź. Pokażę ci, o co chodzi z tym lustrem i papirusem! Tylko biegnij ze mną!
Zgodnie z oczekiwaniami, dziewczyna się uciszyła. A biedronka nadal deptała im po piętach

***
Kiedy ślimak włożył assasynowi mech do ust, żeby się uciszył, skończył się zły czlowiek, a zaczął zły wampir. Alucard pojawił się niewiadomo skąd i zaczął zabijać jak opętany. Jego władca natomiast pobiegł za dziwną parką. By w jakimś czasie dołączyć się do rozmowy jakby nigdy nic. On poprostu uwielbia te zdziwione twarze.
***
Eana odskoczyła z okrzykiem. Przy okazji pociągnęła Kagame za ramię i schowała się za nim. Chłopak chyba nie był na to przygotowany bo zachwiał się i upadł na mech wraz z dziewczyną. Oboje patrzyli zdziwieni na assasyna.
-Spokojnie nic wam nie zrobię chcę tylko porozmawiać. – mówił jak do upośledzonych umysłowo i odsunął się kilka metrów chcąc okazać swoją dobrą wolę.
-Akurat! Już to widzę. Myślisz, ze… - dziewczyna urwała w pół słowa i patrzyła na cos zdziwiona. Kagami poszedł za jej wzrokiem i również siedział z otwartą buzią.
Nagle wampir poczuł, że coś ciężko za nim dyszy. Odwrócił się i ujrzał zielona krowę w kropki bordo. Owa łaciata pochyliła łeb i zaczęła przeżuwać jego włosy kręcąc mordą.

Eana i Kagami nie wiedzieli co robić. Chcieli jednocześnie śmiać się, uciekać i pomóc byłemu łowcy. Mućka zaś ewidentnie nie miała zamiaru porzucić dobrego pastwiska.
Altair czuł się coraz lepiej. Dawno nie miał takiej zabawy, krowy, ślimaki, motyle i inne świństwa i dziwactwa. Ale to zepsuło jego idealny świat.
-To co siedzimy tutaj, czy idziemy w inne miejsce, bo uwierz mi, nie przypadł mi do gustu ten fryzjer. Ejjj...! Ona mnie zaraz obślini. Ohyda.
Mała stróżka śliny popłynęła po jego czole, między oczami, z prawej strony nosa, aż do otwartych z obrzydzenia ust. Zabójca oddał co do niego nie należało i zaczął przeklinać tak, że niejeden Wiking poczułby respekt.

Nagle coś zahuczało w oddali. Parę drzewek dramatycznie upadło na ziemię, niby kostki domina. Zza nich wyłoniła się wielka, sądząc po kolorze truskawkowa galaretka z bitą śmietaną na szczycie. Przed nią biegło stado mandarynek. Przed tarczą księżyca przesuną się ciemny kształt, podejrzanie przypominający kapeć.

W tym samym czasie nasz znajomy diabełek zakradł się na tyłu obozu armii ślimaków, gdzie zostały małe ślimaczątka. Diabełek karmił je ukradkiem. Od ukradła ślimaczki puchły i umierały.

środa, 13 kwietnia 2011

Nie mam co robić, bÓ.

Jak się tego piknego dnia okazało, kicia strzygła uszami nie z przerażenia, ale w rytm muzyki. A drugi kotek położył się tuż pod głośnikiem i zasnął podczas wybitnie hardcorowej piosenki. Aż poczułam się dziwnie normalna. (Czyli to najlepszy pomysł na ewakuację.)
A gdy Brysia postanowiła zabrać się w końcu z NNM okazało się, że szatana nie ma na manga-lib. Klasyka. A zanim zdążyłam poszukać go gdzie indziej, to mi się odechciało, o.
Jeśli fandemonium będzie działać coraz wolniej, to sobie moją genialną główkę odstrzelę. Albo napiszę depresyjnego fanficka. (Tyle że wiem, ze mi depresyjne rzeczy nie wychodzą, i pewnie w połowie wyjdzie z tego jakaś porąbana komedia z ilością dramatyzmu rodem z VK.)
Tuż pod polem, gdzie pisze się posta są przykładowe etykietki, zawsze te same: skutery, wakacje, jesień. Oczywiście, właśnie zmarnowałam około 5 min gapiąc się na ten drugi wyraz z durnym uśmiechem na twarzy.
I znów mam ochotę pobiegać w to i we wte po domu. Jestem tylko za leniwa, by wstać, a i pewnie rodzice nie za dobrze by to przyjęli.
Mój własny pies o mało co mnie dzisiaj nie zadusił. Leżałam sobie w łóżeczku (i udawałam, że to wale nie ja popsułam pilot od telewizora) gdy nagle ta... ta BESTIA wpakowała się tuz obok mnie, i jeszcze zarzuciła łbem prosto na mnie, tak, że ona wygodnie rozłożyła się na łóżku, a ja musiałam ratować się schowaniem pod kołdrę, bo by mnie Daisy całą obśliniła. Nie wiem jakim cudem, ale i tak to jej się udało. (Przez kołdrę. A myślałam, że to ja w tym domu jestem cudotwórcą.)
A potem moja kochana mamusia zaczęła ściągać ze mnie moją ochronę przed światem, przez co łebsko mojego "małego" bernardynka razem z całą śliną wylądowało na mojej bluzce.
Och, i ochlapał mnie tir. Stałam trzy metry od krawężnika, a i tak skończyłam ochlapana po kaptur.

poniedziałek, 11 kwietnia 2011

A mi odwala, la la laaaaa...!

Mam taką diablo niezłą ideę na crossovera wszech czasów, yeach. Drżyj, ludzkości, DRŻYJ! MWAHAHAHAHA!
Gdy już przejmę władze na światem, pousuwam z domu kaloryfery. Gdy miałam dziś fazę na maksa i biegałam se w to i we wte po domu, co jakiś cza przeskakując przez psa dwa (DWA! KAPISZI?) razy wyrżnęłam się o tego szatana. Odbić od ścian już nie liczyłam, one nie są takie zUe, o ile nie rąbniesz się w głowę lub świeżo nabitego siniaka. Wiem z doświadczenia.
Nie wiem, czy już wszystkim się pochwaliłam, więc pisze tutaj: po tym, jak popsułam kolejne słuchawki (to znaczy same się popsuły, ja nic takiego im nie zrobiłam) mój genialny tato stwierdził, że mam teraz słuchać muzyki bez słuchawek, podłączając MP3 do wieży. Hehe. He. I już byłam pewna, że familia skończy z zawałem serca, ale jak się okazało moją odporność psychiczną miałam zapisaną w genach. Tylko kicia biedna, tak siedzi tylko i uszami strzyże. Ale i tak wygląda $|`_&-|-45/|/13 (w razie pytań o mój stan psychiczny proszę spojrzeć na tytuł. on chyba jest aktualny wiecznie).
Wiecie jak się czuje człowiek próbujący się uczyć na zmianę przy metalu i klasyce, na świeżo po Hetalii i filozoficznej książce? Ja już wiem.
Powtórzę to, co mówiłam wiele razy: zamknijcie mnie w izolatce, proszę bardzo, tylko dajcie mi kompa z podłączeniem do neta. I wykupionym kontem premium na Megavideo 8D.
Wstać po herbatę, albo nie wstać po herbatę? Oto jest pytanie!
A dobra tam, nie wstać. Lenistwo jak zawsze wygrało.
Fanfiki źle wpływają na mózg. Fakt potwierdzony klinicznie. Testowane na przyszłym władcy świata. (Na którego źle wpływa wszystko, co prawda, ale...)
Znowu mi Rota chodzi po głowie. Nie rzucim ziemi, skąd nasz ród...

sobota, 19 marca 2011

łeee -.-

Nie ma fanfika, recenzja do gazetki była zbyt wyczerpująca (a i tak zrobiona na odwal). Szatany, normalnie szatany, no.
Ostatnio nie byłam zmuszona do oglądania niczego an Megavideo. Czy tylko ja mam wrażenie, że ONI coś planują? Szatany... chyba już z tym przesadzam.
Jak zwykle poza moja głową nie dzieje się nic wartego uwagi. Norma. I wcale nie mówię o operze (nikt nie zaczaił aluzji, prawda?).
Jak to się dzieje, że nie ma żadnych fajnych fanficków po polsku?No, niby jakieś są, ale je już zdążyłam przeczytać. Aż mnie korci żeby samej co napisać, haha.
Drżyjcie narody, bo cośtam. No.
A nie, jednak nie mam weny. Pozwalam wam jeszcze pożyć :3
1 230 to stanowczo za mało avatarów dla mnie. Muszę znaleźć sobie jeszcze kilkaset.

sobota, 5 marca 2011

Braku sensu część kolejna.

Wyobraźcie sobie sytuację: po raz pierwszy od 3 tygodni dorywacie się do DGM. Radośnie wchodzicie na stronę z tymże anime, włączacie link do odcinka, i... JEST NA MEGAVIDEO, KTÓRE NIE CHCE SIĘ ŁADOWAĆ!
Za każdym razem jak próbowałam napisać "chociaż" kasowało mi je i zostawiało tylko "ż" O.O To mi odpala, Explorerowi, czy jeszcze komuś innemu?
Tak więc, skoro już mogę pisać spokojnie "chociaż", to stwierdzę, że ... a teraz mi ten wyraz nigdzie nie pasuje. Szatan normalnie, szatan.
*Tu następuje przerwa na obejrzenie załadowanej części DGM*
Jeden odcinek zaliczony, yeach. I to chyba koniec na dziesiaj (szatan nie Megavideo, szatan). A poza tym muszę jeszcze zrobić 2 teksty do kroniki, literki do scrabbli... A mi się nie chceeee... Nic mi się nie chce -.-
No, ale czekoladę to bym sobie mogła spokojnie zjeść.
Wpadłam wczoraj na pomysł na fanfika. Beznadziejny, co prawda, ale jakby coś podkręcić, to by z tego niezła parodia była. Yeach, kocham parodie.

piątek, 18 lutego 2011

1.

Projektowanie bloga tu to szatan. Nawet tytułu notki mi się nie chce wymyślać. Najpierw takie fajne tło z chmurkami, które zrobiłam nie chciało wejść, bo za duży rozmiar, potem mi się kolory nie chciały grzecznie zmienić, jak już się namęczyłam i doprowadziłam to do jakiegoś normalnego wyglądu nie kliknęłam "zapisz", potem znowu musiałam się z tym wszystkim użerać, i a koniec znowu kolory nie chciały mi się zmienić. Szatan.
Ale dooobra, mamy weekend, trza się cieszyć, śpiewać, tańczyć... Jutro rodzice jadą na zakupy, pooglądam se w końcu w spokoju DGM. I będę miała trzeciego persa. Jeżeli on też będzie chciał ze mną spać, to dla mnie w łóżku zabraknie miejsca.
I oczywiście zapomniałam napisać opowiadanie do tego tomiku. I poczytać mangę DGM. No może jeszcze coś naskrobię, ale wena chyba ma depresję.
No i popsułam słuchawki. Znowu. Ściągnęłam ponad sto piosenek i będę musiała wszystkie na komórce przesłuchać. Biedna komórka. Ciekawe jak zareaguje na dodatkowe paręset MB.
Mam wielką ochotę pozabijać bohaterów opowiadania, którego nawet nie zaczęłam pisać. Komuś wbiję łyżkę lub widelec w oko. Haha, dobrze ci tak, wytworze mojej chorej wyobraźni.
Herbata się skończyła, a ja jestem za leniwa, żeby wstać i sobie jej dolać. Gdzie tu jest sprawiedliwość? Skoczyła pewnie w przepaść.
Muszę znaleźć sobie jakieś zajęcie, zanim zacznę mieć problemy na podłożu egzystencjalnym. Inaczej wpędzę parę osób w jakąś ciężką chorobę psychiczną.
Mam wielką ochotę napisać jakąś parodie lub coś humorystycznego.
Bójcie się.